Zwariowani Amerykanie znowu ok. 13 naszego czasu wstrzymali oddech, żeby zobaczyć, co powie futrzak i na szczęście zima, dzięki której jest tu tak bardziej skandynawsko, jeszcze potrwa.
Ja mam wrażenie, że dzień świstaka, w którym wszystko stoi na głowie, zdarza sie ostatnio absolutnie codziennie. Np. za kilka minut zaczyna się mój ponadtygodniowy urlop, a w ciągu najbliższych dwóch dni nie tylko będę wypełniać jakieś-tam służbowe obowiązki (sic!), ale w ogóle mam do zrobienia więcej jeszcze, niż zanim sie zaczął.
Na szczęście kask już jest, reszta nieważna :-)
A urlop docelowy wygląda tak (ach):
Ergo Miłka Malzahn. Szukałam jej, a znalazłam Michała Jacaszka. I jak tu nie wierzyć w celowość wszystkiego.
Przebywam na wewnętrznej emigracji, a jest to muzyka właśnie na taki czas:
Zamiast pędzić dziś do pracy, wstałam rano i pojechałam do miłej oszklonej kawiarni, gdzie czytałam sobie, zerkając w okno, Naszego człowieka w Hawanie. Obok ludzie spotykali się, żeby sprzedać i kupić reklamy, ubezpieczenia, obietnice jakieś, a ja siedziałam sobie kompletnie obok, nikomu do niczego niepotrzebna. I to było dobre.
Co zrobić z pr-owcami, którzy pchają mi się fcb tłumnie ostatnio, a ja ich tam nie chcę??? W przypadku, gdy kogoś słabo znam, nie mam problemu, żeby użyć opcji ignoruj, ale co robić z tymi kilkoma, którzy są ok, lubię ich, a do tego po prostu muszę z nimi utrzymywać kontakt?
Ktoś ma taki problem? Bo mój zrobił się palący. Czy ktoś taki zrozumie, kiedy mu odpiszę na właśnie wysłane zapytanie, dlaczego nie chcę kliknąć w to cholerne akceptuj od pół roku, że nie chcę go obrazić, ale mam prawo zdefiniować, że to akurat moja prywatna przestrzeń???
W moim zawodzie takie sytuacje bywają skomplikowane. Jest zupełnie jak w tytule tego beznadziejnego filmu z Meryl Streep i Alekiem Baldwinem, który obejrzałam właśnie, żeby zapomnieć, jak bardzo moja praca odarła mnie dziś ze złudzeń (tak jest, jeszcze wciąż udaje im się bardziej i bardziej, co oznacza tylko tyle, że jednak mocno się trzymają moje ideały :-/) - w tej roli sprawdził się znakomicie, ale poza tym: NIE NIE NIE IDŹCIE. Chyba, że za darmo, po pijaku i oczywiście na właśną odpowiedzialność.
W sumie ciekawe jest w tym filmie tylko to, że Steve Martin zrobił się na starość jakis młody. Hm.
And the good news is... że za 5 dni narty!
- hiszpański poszedł tak sobie (nauczyłam się uczciwie, ale Hiszpanie są złośliwi i pytali o rzeczy, których nie było na kursie :-( )
- na imprezie u Zo jeden blokers zaproponował mi wspólne życie; poznaliśmy się na tarasie w dziwnych okolicznościach, po czym, kilka godzin później wyrósł nagle tuż przede mną: jeśli chcesz spędzić ze mną resztę życia, wychodzimy; wybrałam picie dalej w ciepłej kuchni na Pradze :-)
- tam, gdzie wyżej, obklejaliśmy się wszyscy plasterkami opatrunkowymi w Małe Mi :-)
- a dzisiaj nie zrobiłam literalnie nic, a tego, co zrobiłam (zamówiłam przesoloną sałatkę wietnamską z okoniem (sic! sic! sic!) w kult.) potwornie żałuję, bo była to najgorsza sałatka na świecie i czuję się teraz źle źle źle: mam zupełnie niekacową migrenę roku i w ogóle kult. to nie jest już moje miejsce, nie mam swojego :-/
- sprawdziłam, że nigdzie w tym mieście nie ma kasku narciarskiego, którym byłby ładny, wygodny, bezpieczny i W MIARĘ tani :-/
- ale za to jedziemy na Open'era, a dzięki Kubu mam trzy albumy Hanne Hukkelberg i naprawdę jest cudnaaa
A narty za niecały tydzień :-D
